Nie umiem wrócić z podróży z pustymi rękami.
Magnesów na lodówkę nigdy nie zbierałam. Za to kamienie, muszle i różne drobiazgi zazwyczaj zajmują połowę mojej walizki. Drugą połowę – nici, sznurki i wszystko, bez czego nie wyobrażam sobie pracy.
Ubrania? Te też się mieszczą. Jakoś.
Najtrwalsze ślady zostawiają we mnie ludzie. To, co przywożę z podróży, po prostu mi o nich przypomina.
Nie wszystko od razu zamienia się w biżuterię. Czasem musi minąć trochę czasu, zanim odnajdę dla danego przedmiotu właściwe miejsce.
Kiedy w końcu siadam z szydełkiem, nie tworzę kolekcji ani nie realizuję planu. Po prostu podążam za tym, co w danym momencie najbardziej mnie ciekawi. Dlatego każda rzecz jest trochę inna. I bardzo mi odpowiada, że tak właśnie jest.
Najbardziej lubię jednak moment, kiedy biżuteria trafia do kobiet.
Uwielbiam patrzeć, jak ta sama rzecz na każdej z Was wygląda inaczej. Jedna nosi ją jako długi naszyjnik. Druga owija go kilka razy wokół szyi. Ktoś zamienia go w bransoletkę, nosi na kostce, przypina do torebki albo znajduje dla niego zupełnie nowe zastosowanie.
Często to właśnie Wy pokazujecie mi, ile możliwości może mieć jedna rzecz. Kiedy przysyłacie zdjęcia, uśmiecham się i myślę:
„Na to bym nie wpadła.”
I bardzo lubię takie momenty.
Uwielbiam usłyszeć:
„To jest mój naszyjnik.”
Bo wtedy wiem, że znalazł swoje miejsce.
Coraz częściej przynosicie mi rzeczy, które mają dla Was znaczenie. Nie dlatego, że są cenne. Dlatego, że są Wasze. Możliwość wplecenia ich w biżuterię jest jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w swojej pracy.
Tak właśnie powstaje KAMA.
A później każda z Was dopisuje do niej własną historię.